Wymarzony kraj do zarabiania

[16.12.2011]

 

NORWEGIA | Tak właśnie określa Norwegię. Ze względu na wysokie zarobki, poza tym dodaje dość cynicznie, że tam po prostu nie ma gdzie wydać pieniędzy.

 

            Mariusz z Legnicy od lat pracuje w małej firmie ogólnobudowlanej w swym rodzinnym mieście. Z kolei jego wuj już piąty rok mieszka w Norwegii. Pracuje tam także w niewielkiej firmie budowlanej.

            – Nawet całkiem nieźle mówi w ich języku, a wiadomo jak to ułatwia życie – podkreśla Mariusz.

            I to właśnie wuj załatwił mu pracę w kraju fiordów, w 2010 roku. Jeden z Norwegów, który z nim pracował, oświadczył szefowi jeszcze w lipcu, że zmienia pracę, z końcem września przenosi się do Oslo. Właściciel firmy musiał znaleźć kogoś na jego miejsce. Co było o tyle trudne, że zlecenia miał zapewnione tylko do końca roku. Wtedy właśnie wuj zarekomendował Mariusza, oświadczając, że ten chętnie przyjedzie pracować od października do świąt. Norweg się zgodził.

            – Wuja zadzwonił do mnie w lipcu żebym załatwiał formalności – wspomina Mariusz. – Jeszcze nie miałem w tamtym roku urlopu. Dogadałem się z moim szefem, że wezmę go w całości w październiku, a na listopad i grudzień dostanę bezpłatny. Potrzebowałem jeszcze od niego zaświadczenie, że jestem zatrudniony w firmie budowlanej. Poza tym zaświadczenie od policji o niekaralności, na koniec wyrobiłem paszport, to wszystko.

            Do tego wuj przysłał mu listę narzędzi, które ze sobą ma zabrać, takich jak młotki, śrubokręty, wiertarka. Dzięki temu w Norwegii dostał umowę robotnika wykwalifikowanego, a gdyby narzędzi nie miał, byłby robotnikiem niewykwalifikowanym i zarabiał pięć koron na godzinę mniej.

 

Przestrzegają praw pracowników

            Firma znajduje się w Grimstad i tam mieszkali. Jak z przekąsem stwierdza Mariusz to duże miasto, ma bowiem 19 tysięcy mieszkańców, na norweskie warunki metropolia.

            Jego stawka wynosiła 141 koron na godzinę brutto. Pracodawca musiał mu i innym pracownikom zagwarantować minimum 37 godzin pracy w tygodniu. Z reguły pracowali po 50 godzin, za nadgodziny też dostawał 141 koron. W umowie o pracę figuruje jako monter płyt gipsowo-kartonowych. Z pensji miał odciągane 36 procent podatku.

            – Nie mam pojęcia dlaczego akurat tyle – stwierdza. – Tam przepisy podatkowe są tak skomplikowane, że chyba mało który Norweg je rozumie, a co dopiero ktoś kto nie zna języka. Po prostu księgowa wyliczyła, że kwalifikuję się do grupy podatkowej, w której zabierają akurat 36procent. Jak przeliczyłem, to po odliczeniu podatku wyszło na nasze jakieś czterdzieści złotych za godzinę na rękę.

            W Grimstad i dwóch sąsiednich miejscowościach remontowali drewniane domy, w jakich mieszka większość Norwegów.

            – Naprawialiśmy elewacje, na stare nabijało się nowy stelaż, na niego płyty, jak się nabrało wprawy to ta praca nie stwarza żadnych problemów. Technologia prosta, poza tym w drewnie można pracować przez cały rok, niezależnie od warunków klimatycznych – wspomina Mariusz.

            Było ich sześciu: trzech Polaków (ten trzeci to Damian z Poznania) dwóch Norwegów oraz... Niemiec.

            – W Polsce panuje dość powszechne przekonanie, że Norwegowie nie mają zamiaru się przepracowywać i do ciężkiej pracy nie pójdą – stwierdza. – Kto się obija, ten się obija, ci dwaj zasuwali równo z nami.

            Przekonał się, że w Norwegii panuje porządek jeśli chodzi o przestrzeganie prawa pracy. Co zresztą podkreśla wuja, a ten przecież ma tam już spore doświadczenie. Oznacza to między innymi, że obaj z Mariuszem dostawali pensje regularnie, zawsze pierwszego każdego miesiąca.

            Pensja wysoka, przynajmniej w porównaniu z zarobkami w Polsce, a co z kosztami życia? We trzech wynajęli domek. Za cztery tysiące koron. W tym mieli już opłacony internet, wodę oraz prąd. Dodać należy, że prąd używany do oświetlenia czy gotowania. Za ten wykorzystany do grzania płacili oddzielnie, około tysiąca koron miesięcznie.

            – Tyle gazu tam mają, a chyba wszyscy ogrzewają się prądem, który zresztą jak widać po rachunkach, jakie my płaciliśmy, jest bardzo tani.

            Drogie są produkty spożywcze, choć na przykład był chleb, który kosztuje pięć koron. Ale w ogóle nie smakuje.

 

Na zimę jak znalazł

Jak mówi Mariusz jego życie w Norwegii sprowadzało się do jedzenia, gotowania i spania.

            – Bo tam trudno o jakieś rozrywki, to do bólu nudny kraj – twierdzi. – Nawet człowiek po pracy do knajpy nie wyjdzie. Bo po pierwsze w całym mieście są może ze trzy na krzyż, a poza tym jak popatrzyłem na cenę piwa w sklepach to już nawet na myśl mi nie przyszło, żeby iść do baru. Zresztą ja mało piję. Kto za bardzo do kieliszka nie zagląda i nie pali to z Norwegii na pewno przywiezie sporą gotówkę, bo tam po prostu nie ma na co pieniędzy stracić.

            Pracował do połowy grudnia, zjechał do kraju na święta. W sumie po odliczeniu pobytu i kosztów podróży, do domu przywiózł dwanaście tysięcy złotych. Warto podkreślić, że tyle odłożył w ciągu dwóch i pół miesiąca pracy.

            Nic więc dziwnego, że znów wybiera się tam do pracy. Tym razem od stycznia do końca marca 2012 roku. Trzy pełne miesiące, więc pieniędzy przywiezie więcej. Po powrocie w kwietniu od razu idzie na budowę u polskiego szefa.

            – Jeśli się z nim będę dogadywał jak do tej pory, czyli, że daje mi urlopy bezpłatne zimą, to do Norwegii mam zamiar jeździć także w kolejnych latach. To się po prostu opłaca.

 

Damian Szymczak

Źródło: "Praca i nauka za granicą", wyd. nr 205 (28.11 - 11.12.2011), s. 6

 



euro-punkt.pl on Facebook